Wywiad z Julią Kuczyńską!
Według ostatniego rankingu Twój blog jest na pierwszym miejscu w kategorii blogów modowych. Jak się z tym czujesz?
Bycie na pierwszym miejscu czy zdobywanie popularności nigdy nie były moim celem, dlatego za często o tym nie myślę, nie zastanawiam się nad tym. Wymyśliłam bloga w momencie, kiedy w Polsce blogosfera o tej tematyce właściwie nie istniała. Założyłam go i nie miałam pojęcia jak to się rozwinie. Nie lubię mówić, że blog jest najlepszy, bo to wszystko zależy od gustu czytelników. Komuś odpowiada mój styl, a inni wolą styl moich koleżanek po fachu i wówczas, to ich blogi są dla tych osób najlepsze. Tego typu rankingi są dla mnie bardzo przyjemnym dowodem na to, że ludzie doceniają to co zrobiłam i dalej robię. Tym bardziej mnie to cieszy, bo prowadzę bloga sama, stworzyłam go od zera. Blog jest dla mnie jak dziecko, które sama wychowywałam, a ono poszło w świat… Ok, taka trochę samotna matka jestem heh, taty brak.
Skąd pomysł, żeby założyć bloga?
Pomysł wziął się stąd, że nie miałam gdzie publikować zdjęć. Udzielałam się co prawda na portalu Stylio.pl, ale tam były pewne ograniczenia. Można było wrzucać określoną liczbę stylizacji i inspiracji. Na moim komputerze zaś było pełno fotografii. Mam np. 6 tysięcy zdjęć Adriany Limy podzielonych na foldery. Zawsze podobały mi się piękne kobiety, mam fetysz kobiecych twarzy. Jednak nigdy nie brakowało w moich „zbiorach” także i innych genialnych zdjęć. Także moich własnych zdjęć przybywało. Zauważyłam wówczas, że coraz więcej jest blogów modowych i postanowiłam założyć swój. Miał być moim małym miejscem w sieci.
Kto na początku czytał Twojego bloga?
Jak to kto? Ja. Potem pojawiały się kolejne osoby. Moje wyczucie estetyki przy wyborze wstawianych zdjęć na bloga widocznie przypasowało sporej grupie osób, bo ludzie rzeczywiście na niego wchodzili i zostawali na dłużej. Tak jak powiedziałam, na samym początku był tylko jeden obserwator, czyli ja. Znajomi oraz rodzina nie śledzili mojego bloga. W rodzinnym mieście ukrywałam, że go prowadzę. Zdjęcia robiłam w domu, na balkonie bądź w mało uczęszczanych miejscach, samowyzwalaczem, po kryjomu.
Wstydziłaś się tego?
Chodziło o proces powstawania zdjęć, który do dziś mnie krępuje. Mam problem z pozowaniem na ściance, kiedy trzeba się konkretnie ustawić, zrobić minę. Dla mnie z boku, to zawsze wyglądało tak, jakby ktoś był przeświadczony o swojej doskonałości i się puszył przed fotoreporterami. Inaczej wygląda proces robienia zdjęć na bloga.
Pochodzisz z małej miejscowości – Złotów w województwie Wielkopolskim. Skąd tam narodziło się zamiłowanie do mody, bo przypuszczam, że nie miałaś rozległych możliwości?
Moje rodzinne miasto liczy 22 tysiące mieszkańców i dopiero kilka lat temu otwarto tam Rossmana heh Nie można jednak nic ujmować małym miejscowościom. W dużych miastach mimo różnorodności sklepów, wszyscy chodzą w tym samym, bo kupują w sieciówkach. W małych miejscowości są lokalne sklepy, w których można dostać świetne, oryginalne rzeczy. Ubierałam się głównie w takich sklepach i mieszałam ubrania z rzeczami z second handów. Na studiach w Poznaniu wiele osób zastanawiało się skąd mam takie ciuchy. Doszło do tego, że dziewczyny, które czytały bloga niekiedy pytały, czy nie mogłabym kupić np. danej bluzki i im wysłać.
Jak zarabiałaś na upragnione ubrania?
Upragnione? Nigdy nie jest tak, że coś sobie wypatrzę i muszę to mieć za wszelką cenę… zawsze znajdzie się coś, co na daną chwilę jest ważniejsze do kupienia. Wyprowadziłam się z domu jak miałam 19 lat i zamieszkałam z narzeczonym. Na czynsz i na studia zarabiałam sama. Pracowałam najpierw w jednej, potem w drugiej firmie, na stanowisku grafika. Potem dostałam propozycje pracy w Warszawie, a ponieważ kończyła mi się wcześniejsza umowa o pracę, zaryzykowałam. Oczywiście nie ominęło mnie zbieranie porzeczek jako dziecko, mycie rodzicom samochodu za 5zł czy opiekowanie się dziećmi sąsiadów w czasie wakacji. Mogę spokojnie powiedzieć, że mam duże doświadczenie jako opiekunka do dzieci.
Wyróżniałaś się na tle rówieśników?
Nie wiem czy stylem ubierania, ale stylem bycia na pewno. Byłam głośnym, sprawiającym kłopoty, dzieckiem. ADHD mam chyba od zawsze. Jak przez mgłę pamiętam, że byłam jednym z tych dzieci, którym zaklejono taśmą usta w przedszkolu :P. W podstawówce mój styl był normalny – bluzy, jeansy. Jak patrzę teraz na młode dziewczyny jestem lekko w szoku. Gimnazjalistki ubierają się tak samo jak 20-latki. Ja chyba w wieku 16 lat nie interesowałam się jeszcze modą, miałam ponadto spore kompleksy. Kombinowanie z własnym stylem to była tylko kwestia czasu. Eksperymentowałam także z kolorem włosów. Długo byłam blondynką, a potem przefarbowałam się na czarno. Miałam kruczoczarne włosy do pasa, o czym wie niewiele osób.
Skąd się wzięła nazwa bloga?
Zaczęło się od tego, że piłam bardzo dużo soku marchewkowego. Bywało, że 1,5 litra dziennie. Przez to miałam ciepły odcień skóry. Doszedł do tego pomarańczowy strój na plaży i lekko rudawe w słońcu włosy. Kolega, który mnie wtedy zobaczył, zaczął mnie nazywać marchewką, maffetką. Tak już zostało. Pierwszy raz tym pseudonimem podpisałam się na portalu Stylio.pl, a potem użyłam go do nazwy bloga.
Zaczęłaś od szukania inspiracji, a obecnie sama inspirujesz innych…
Nie mam na celu inspirowania ludzi. Widzę, że to się dzieje, ale trochę jakby poza mną i nie mam na to całkowitego wpływu. Nie można rozkazać ludziom lubienia czegoś i nie da się wmówić na siłę „tak, to jest fajne”.
Jak określiłabyś swój styl?
Wiem co lubię i co mi się podoba, ale nie potrafię przewidzieć co będzie za jakiś czas, więc to się ciągle rozwija. Są rzeczy, których teraz nie założę, ale nie mówię, że nigdy tego nie zrobię. Jestem dziwnym typem człowieka, który ma ochotę na różne rzeczy w różnych okresach swojego życia. Kiedyś nosiłam więcej spódnic, sukienek, zakolanówek. Byłam bardziej dziewczęca. Teraz ponieważ żyję szybko, dużo podróżuję i jestem w ciągłym ruchu najczęściej mieszam styl elegancki ze sportowym. Polubiłam także bardziej wszelkie nakrycia głowy. Uwielbiam kolor czarny. Jestem fanką eklektyzmu w modzie, bo wychodzę z założenia, że chodzi w niej o zabawę i tworzenie.
To co na siebie zakładasz jest zawsze przemyślane, zaplanowane?
Choć trudno w to być może uwierzyć, to nie. Moja koleżanka wczoraj nie mogła się nadziwić jak się wyszykowałam na event w pół godziny. Miałam sporo pracy do godziny 19, a o 19.30 musiałam już wychodzić na premierę. W tym czasie zdążyłam się wykąpać, ubrać i umalować. To nie była wyjątkowa sytuacja, zazwyczaj tak się dzieje.
Jak sobie radzisz z popularnością?
Nie zabiegałam o nią, więc dziwnie mi z tym. Moi znajomi, którzy chodzą ze mną np. na eventy czy pokazy, wiedzą jak krępuje mnie pozowania na tzw. ściankach. Ponieważ coraz częściej mam okazje pracować przy sesjach do gazet, wiem że kolor czarny nie jest mile widziany. Chyba dlatego bardzo często na tego typu imprezy chodzę ubrana właśnie w ciemne kolory. Magazyny i portale go nie lubią. Od dłuższego czasu mam okazję chodzić na pokazy, ale owocem tego nie było lądowanie np. na pudelku. Obecnie to się zdarza. Potem ktoś nazywa mnie celebrytką i twierdzi, że ja się lansuję na salonach. A faktem jest to, że od dawna chodzę na pokazy i imprezy związane z modą, bo to część mojej pracy. Nie chcę być znana z tego, że gdzieś bywam. Popularność to wartość dodana, na którą nie miałam wpływu.
A czujesz się celebrytką?
Nie czuję się i nie zależy mi. Moim celem nawet nie była „rozpoznawalność”. Nie chcę, żeby ludzie dowiadywali się o mnie, dlatego, że zobaczą mnie na portalu, a potem dopiero wejdą na bloga i uznają, że narcystyczna dziewczynka robi sobie zdjęcia.
Studiowałaś kulturoznawstwo ze specjalizacją grafika komputerowa. Co chciałaś robić w życiu?
Pracowałam jako grafik w agencji reklamowej i chciałam mieć na to papier, więc wybrałam takie, a nie inne studia. Zdjęcia, kompozycja interesowały mnie już wcześniej. Na studiach nie nauczyłam się aż tak dużo. Przynajmniej nie tego na czym mi zależało. Miałam natomiast bardzo dużo innych ciekawych przedmiotów, dlatego nie żałuje, że wybrałam właśnie ten kierunek. Jeśli chodzi o programy graficzne etc to tak naprawdę jestem samoukiem. Robiłam dużo rzeczy na zasadzie prób i błędów. Zrobiłam licencjat, ale co zabawne, nikt, odkąd mieszkam w Warszawie, nie zapytał mnie o wykształcenie. Dla ludzi liczy się to co robię. Mój blog to moje portfolio.
Skąd pomysł, by ze Złotowa przeprowadzić się do Warszawy?
W Złotowie w tygodniu pracowałam, a w weekendy studiowałam zaocznie w Poznaniu. W międzyczasie założyłam również bloga i po roku prowadzenia go dostałam propozycję pracy w Warszawie o której wspomniałam wcześniej. Miałam poprowadzić showroom z biżuterią modową. Musiałam porozmawiać z narzeczonym i przemyśleć czy chcę się przeprowadzać. On miał przeprowadzić się do Warszawy kilka miesięcy później.
Jak widać, podjęłaś decyzję na tak…
Nie wiem czy byłam wówczas na to gotowa. Miałam ciężki orzech do zgryzienia. W Warszawie znałam tylko 2 osoby, w tym obecnego lokatora Łukasza, z którym najczęściej robię zdjęcia na bloga. Myślę, że szybko się zaklimatyzowałam. Dobrze się tu czuję i poznałam naprawdę wielu świetnych ludzi. Już na pewno nie jestem tu taka sama.
A co się stało z narzeczonym?
Rozstaliśmy się, ale moja przeprowadzka do Warszawy nie miała z tym nic wspólnego. Nasze drogi się po prostu rozeszły.
Czego ludzie o Tobie nie wiedzą?
Wielu rzeczy. Mało osób wie, że moją pasją jest taniec i gotowanie. Kiedyś pływałam, grałam w piłkę nożną, jeździłam na turnieje i grałam w szachy, rysowałam i śpiewałam w chórze. Grałam na perkusji i haftowałam. Słuchałam hardcore’rowej muzyki. Ludzie myślą, że wszystko o mnie wiedzą, a tak naprawdę nie mają pojęcia kim jestem i w jakim otoczeniu się wychowałam. Uwielbiam moich znajomych z rodzinnego miasta! Tęsknię trochę za wakacjami w Złotowie.
Pierwszy sukces?
Nie wiem czy można to nazwać sukcesem, ale pierwszy przejaw tego, że coś się dzieje pozytywnego odnośnie bloga, to sesja pięciu najchętniej oglądanych w sieci blogerek dla Viva Moda. Pierwsza, profesjonalna sesja z udziałem 25. osobowej ekipy. No i oczywiście publikacja mojego zdjęcia w niemieckim VOGUE..
Ile mniej więcej rzeczy dostajesz miesięcznie?
Tyle ile jestem w danym miesiącu w stanie ogarnąć. Kiedyś było tego więcej. Codziennie był u mnie kurier, a pudła zajmowały powierzchnię od podłogi po sufit. Teraz bardziej selekcjonuję. Odmawiam 90%. Nie jestem robotem, a na „dostawaniu” ubrań nie zależy mi. Wolę pomyśleć za co opłacę czynsz w kolejnym miesiącu, niż czy dostanę mega parę butów. Nie pomagają mi rodzice, a mój blog to obecnie zajęcie na cały etat. Ludzie nie mogą się dziwić, że np. pewnego dnia wstawiam jakiś baner (a ograniczam je bardzo) bo jakoś muszę zarabiać. Za pstrykanie zdjęć nikt mi nie płaci. Dopiero ze zleceń mogę mieć jakiś przychód.
Odwiedzasz centra handlowe i sklepy? Kupujesz sama ciuchy?
Musiałabym być już do granic możliwości zepsuta, żeby to robić i uważać, że mam za mało ciuchów. Ja się wręcz czuję winna jak mam sobie coś kupić. Pewnie nie będę za to lubiana, ale mając świadomość, że mogę dostać dowolny ciuch, który sobie wybiorę, nie mam potrzeby chodzenia po sklepach. Oczywiście to wcale nie oznacza, że korzystam z tego do oporu. Najłatwiej wyobrazić sobie, że każda rzecz którą „otrzymam” wymaga pokazania w poście na blogu. Nie mam 15 par rąk i nóg aby pokazać np. setkę nowych butów. To nie o to w tym chodzi. Nie to chcę pokazywać. Nie ważne jak duże zainteresowanie u firm budzi obecnie mój blog, od jego początków do teraz, prowadzę go na podobnych zasadach i z podobną „estetyką”.
Jak dużą masz szafę?
Odpowiem przewrotnie. Gdybym miała w pokoju dywan i chciałabyś go zobaczyć, to musiałabyś przekopać się przez stertę ubrań.
Czego w szafie masz najwięcej?
Myślę, że marynarek i legginsów.
W trzy lata osiągnęłaś to na co inni pracują całe życie…
Tzn na co? Pracują na bloga? Nawet ja 3 lata temu nie wiedziałam, że coś takiego może być kiedyś moją „pracą”. No i przepraszam, a Kasia Tusk? Heh.
A rywalizujesz z innymi blogerkami?
Nie nazwałabym tego rywalizacją. Każda ma swój styl i swoich odbiorców. Często sobie pomagamy, prywatnie się lubimy. Z niektórymi się przyjaźnię. Nie ma nic fajniejszego niż spotkanie w tym gronie, bo doskonale się rozumiemy, mamy podobne doświadczenia i problemy.
Spotykasz się z przejawami zazdrości?
Oczywiście, ale to chyba normalne w każdej profesji. Istnieje takie afrykańskie powiedzenie: Im wyżej wspinasz się na palmę, tym więcej osób zobaczy Twój tyłek. Nieważne czy Twój tyłek będzie najbardziej jędrny i wymodelowany, bo i tak znajdą się osoby, które będą go krytykować. Jestem wrażliwą osobą, ale akurat z tym sobie radzę. Nie mam problemu z tym, że czytam o sobie negatywne komentarze, bo znam swoją wartość. Gorzej, gdy to dociera do moich bliskich. Mojej Mamie jest przykro, bo ona tego nie rozumie, nie zna środowiska wylewających jad w sieci zakompleksionych hejterów.
Jak Cię odbierają ludzie z rodzinnych stron, odkąd wiedzą, że prowadzisz bloga?
Na początku tego nie rozumieli i jak przyjeżdżałam do Złotowa, to krzyczeli na mnie „modelka”. Dziwi mnie, jak np. niektóre osoby z którymi znałam się dość dobrze nagle nie potrafią ze mną rozmawiać. Myślą, że ja się zmieniłam. Wystarczyło początkowo, że przeprowadziłam się do Warszawy. Myślą, że będę ich traktowała z góry, a to nieprawda. Sami tworzą ten dystans między nami. Na szczęście to pojedyncze przypadki.
Czym się tak naprawdę zajmujesz?
Najgłupsza odpowiedź na takie pytanie to: jestem blogerką, bo nic za sobą nie niesie. Ludziom się wydaje, że mam bloga, więc jedyne co robię, to wstawiam na niego zdjęcia. Wchodząc na bloga, nie widać na nim pracy, jaką ktoś w niego włożył. W normalnej firmie jest kilka osób. Każda zajmuje się swoją działką. Jest ktoś od zarządzania kontem na Facebooku, jest fotograf, modelka, PR-owiec, projektant, grafik komputerowy, montażysta, stylista. Każda z tych osób ma osobny etat, za który dostaje pieniądze. Z Maffashion jest tak, że wszystko robię sama. Ostatnio liczyłam, mam 16 etatów i 24h.
Czym jest dla Ciebie moda?
Moda to wyrażanie samego siebie, zabawa.
Każdy może być modny?
Myślę, że tak, choć niektórzy potrzebują do tego pomocy. Bardzo szanuję i cenię sobie Małgorzatę Sochę za to, że przyznaje się, iż korzysta z pomocy stylistki. Zawsze świetnie wygląda, jest ikoną stylu, a otwarcie mówi o tym, że ktoś ją ubiera. Nie każdy musi być we wszystkim najlepszy. Wielcy aktorzy czy świetni wokaliści nie mają obowiązku mieć super stylu. Niech każdy robi swoje. Tylko niech potem gwiazdy nie boją się przyznać, że za ich wygląd odpowiada stylista. To nie o to chodzi, że Socha nie potrafi się ubrać. Ona pewnie nie ma na to czasu i dlatego korzysta z pomocy.
Nie każdy ma jednak takie możliwości. Widzisz duże rozbieżności pomiędzy dużym a małym miastem?
Ograniczenia wynikają z nierówności finansowych i dysproporcji społecznych. Nie jest jednak powiedziane, że bogata osoba będzie się ubierać dobrze, bo może być kompletnym bezguściem. Pieniądze pomagają, ale nie są wyznacznikiem dobrego stylu, choć pewnie niektórzy ubieraliby się lepiej, gdyby je mieli.
Na swoim blogu pozujesz do zdjęć. Nie myślałaś, żeby zostać modelką?
Bardzo lubię świat modelingu. Na komputerze mam pełno zdjęć modelek, bo karmię się obrazem i pięknem. Uważam jednak, że nie nadaję się na modelkę z moim 1,66 m. w kapeluszu. Każdy stworzony jest do czegoś innego.
Co chcesz osiągnąć?
Tak do końca nie umiem powiedzieć czego chcę. Wiem czego nie chcę i czego nie lubię. Powiem tak zwyczajnie, pragnę być zdrowa i zakochana z wzajemnością.
A o czym marzysz?
Mam nietypowe marzenie. Jestem fetyszystką zdjęć na wysokościach. Chciałabym w metropolii typu Gotham City stanąć na dachu w sukni haute couture i zrobić czarno-białe zdjęcie, które uchwyci wysokość. Widzę i marzę obrazami. Na otaczający mnie świat patrzę jak na zdjęcie. Poza tym chciałabym, żeby mama była ze mnie dumna i żebym miała więcej czasu dla bliskich.
Odnośnie zakochania… jest obecnie ktoś w Twoim życiu?
Ciężko o to w Warszawie i tym środowisku, w którym się obracam. Facet tutaj jest trochę jak kibel – albo ma nasrane, albo jest zajęty. Ciężko o poważną relację.
Ale…:)
Co blog przyniósł Ci najlepszego?
Cały czas mi przynosi dobre rzeczy. To coś, czego się trzymam do tej pory najdłużej, bo już trzy lata. Wcześniej zaczynałam różne rzeczy i szybko z nich rezygnowałam. Blog cały czas daje mi możliwości rozwijać się w różnych dziedzinach. Po raz pierwszy w życiu czuję się w czymś dobra. Jestem na właściwym miejscu. Energia jaką obdarzają mnie obserwatorzy jest jak wiatr w żagle, to miłe.
Co Cię wyróżnia na tle innych blogów modowych?
Myślę, że jestem konsekwentna, kreatywna. A przynajmniej bardzo się staram. Ponieważ „blogowanie” cały czas sprawia mi przyjemność, nadal nie jestem wypalona i mam energię na więcej. Angażuję się w życie bloga. Pod postami i w komentarzach, na fanpage’u. Często wchodzę w dyskusje, mimo iż niekiedy nie powinnam, chodzi głównie o wymianę zdań z hejterami. Albo zwyczajnie te 3 lata temu było zapotrzebowanie na taki styl, estetykę, bloggerkę i po prostu wypełniłam niszę.
Stylizujesz gwiazdy?
Zdarza się, że coś komuś pożyczyłam lub doradziłam. Nie mam jednak z nikim żadnej umowy. Stylizowałam np. teledysk Mroza Rollercoaster. Sporadycznie zdarzała się współpraca z innymi.
Najlepiej ubrana gwiazda?
Bez zastanowienia powiem, że Anja Rubik, która jest naszym dobrem narodowym.
Najgorzej ubrana gwiazda?
Może pomińmy słowo gwiazda, np. Jola Rutowicz heh, ale tu słowo „gwiazda” mi nie pasuje. Ogólnie, nie mam tendencji do krytykowania ludzi i ich stylu. Zapamiętuję ładne rzeczy.
Jak dbasz o wygląd?
Palę, piję dużo kawy i mało śpię (śmiech). Myślę, że to kwestia dobrych genów, bo nie dbam jakoś specjalnie o wygląd. Prowadzę raczej szybki i niezdrowy tryb życia. Nie jestem pod tym względem wzorem do naśladowania.
Wzorujesz się na kimś?
Ostatnio kręci mnie Rihanna, ale to nie jest inspiracja. Po prostu mi się podoba.
Będziesz miała sesję w Playboyu?
Miałam taką propozycję. Uważam jednak, że mam za małe cycki. Najbardziej odstającą częścią mojego ciała jest mój nos. Poza tym jak będę chciała to sama sobie zrobię takie zdjęcia. Nie mówię, że nigdy się nie zdecyduję, ale na pewno teraz nie mam takiego pomysłu.
Karolina Grabińska